Rekolekcje – Dzień I

Nauka 1 – Rekolekcje – czas rachunku sumienia

Rekolekcje wielkopostne nie są na pewno czasem, kiedy ksiądz będzie straszył niejako „wyżywał” się na wiernych, strasząc piekłem i wiecznym potępieniem. Trzeba na pewno umieć ludziom dać nadzieję, ukazać ich powołanie do wiecznej szczęśliwości. Ale myślę jednocześnie, że trzeba nam podejść poważniej i bardziej refleksyjnie do niektórych podstawowych i fundamentalnych problemów naszych czasów, do problemu naszej wiary, odpowiedzialności za nią, naszej dorosłości. Nie może być jednak i tak, że o wierze mówimy tylko i wyłącznie w sposób ogólnikowy. Wiara jest zbyt poważną rzeczywistością, żeby traktować ją po dziecinnemu i marginalnie. Tym bardziej, że w czasach współczesnych wydaje się jakby wiara przeżywała kryzys, a wierzący byli wystawieni na różnego rodzaju pokusy, zwątpienia.

         Wiara dzisiaj nie jest sprawą ani łatwą, ani oczywistą, nie jest niepodważalna, nie jest czymś naturalnym i niekwestionowanym. O wiarę trzeba walczyć, trzeba ją rozumieć, rozwijać i strzec. Wiara jest ogromnym skarbem, który Bóg złożył w naszym sercu, a my „przechowujemy ten skarb w naczyniach glinianych, aby z Boga była owa przeogromna moc, a nie z nas.” (2 Kor 4,7) Wiarę trzeba więc najpierw rozpoznać jako skarb, zrozumieć i chronić. I temu właśnie mają służyć rekolekcje. Rozpoznawaniu wiary, jako skarbu, powierzonego indywidualnie, każdemu z nas. W przeciwnym wypadku, w sytuacji kryzysu, sami jesteśmy odpowiedzialni za jej utratę i osłabienie. A tak często się dzisiaj dzieje, że ludzie wychowani (?) w wierze tracą ją, odchodzą od niej – dla różnych przyczyn- zapierają się wiary i Boga, odrzucają przykazania. Pośród tych przyczyn utraty wiary, obok czysto zewnętrznych, najważniejsza jednak jest zawsze!!! własna niedbałość, lekceważenie i brak troski o jej pogłębienie.  

Warto więc siebie zapytać jak jest ze mną? Czy my potrafię tego skarbu chronić, czy jest mi to raczej obojętne? Czy jestem czujny, wyczulony na wspomniane zakusy złego? Ktoś, kto nic nie robi, aby wiarę swoją rozwijać, naraża się na bardzo realne niebezpieczeństwo jej utraty. A to przecież nie kto inny, ale ja sam jestem odpowiedzialny za ten powierzony mi skarb. To ja sam mam go rozwijać i bronić. Nie dzieje się to automatycznie i wbrew mojej woli. A co tak naprawdę robię? Na tym właśnie polega wolność człowieka i zarazem delikatność Boga, że On nas do niczego nie przymusza, że On nam wiarę w wolności proponuje, do wiary nas zaprasza, a ja mogę ją wybrać, albo odrzucić. Wybrawszy jednak, jestem za nią odpowiedzialny!  

Zapraszam więc do refleksji nad wiarą, nad pytaniem: „jak wierzyć dzisiaj?”

Zacznijmy więc od modlitwy – czym ona jest dla mnie jako człowieka wierzącego.

„Jak mam się modlić” Czy jest jakaś złota recepta, przepis na dobrą modlitwę?

Zajrzyjmy najpierw do Pisma Świętego. W sposób obszerniejszy Chrystus mów o modlitwie w dwóch Ewangeliach. U św. Mateusza mamy taką oto Jego naukę (Mt 6:5-15):

Gdy się modlicie,

– nie bądźcie jak obłudnicy.

Oni lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać.

Zaprawdę, powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę.

Ty zaś, gdy chcesz się modlić,

wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu.

A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.

Na modlitwie

– nie bądźcie gadatliwi jak poganie.

Oni myślą, że przez wzgląd na swe wielomówstwo będą wysłuchani.

Nie bądźcie podobni do nich! Albowiem wie Ojciec wasz, czego wam potrzeba, wpierw zanim Go poprosicie.

II –

Wy zatem tak się módlcie:

Ojcze nasz, który jesteś w niebie,

– niech się święci imię Twoje!

– Niech przyjdzie królestwo Twoje;

– niech Twoja wola spełnia się na ziemi, tak jak i w niebie.

– Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj;

– i przebacz nam nasze winy, jak i my przebaczamy tym, którzy przeciw nam zawinili;

– i nie dopuść, abyśmy ulegli pokusie, ale nas zachowaj od złego!

Jeśli bowiem przebaczycie ludziom ich przewinienia, i wam przebaczy Ojciec wasz niebieski.

Lecz jeśli nie przebaczycie ludziom, i Ojciec wasz nie przebaczy wam waszych przewinień.

Zauważmy, że sam Chrystus najpierw podaje negatywne przykłady 1- „nie bądźcie jak obłudnicy”, 2 – „nie bądźcie gadatliwi jak poganie”, aby po tych upomnieniach dać nam wzór dobrej modlitwy.

1 – Pierwsza przestroga wskazana przez Chrystusa dotyczy naszego nastawienia w modlitwie. Warto więc może najpierw zastanowić się, czy ja sam nie popełniam tych właśnie wskazywanych przez Jezusa błędów? Czy moja modlitwa nie jest obłudna i na pokaz, czy nie ma w niej fałszu i chęci dogodzenia moim własnym potrzebom i pragnieniom, czy nie szukam swojej chwały, czy nie jestem w mojej modlitwie zakłamany? Jakże bowiem często jest tak, że ktoś, kto w życiu codziennym jest nie do wytrzymania, kto terroryzuje swoją osobą i swoim zachowaniem innych, kto szuka tylko swego i nie umie dostrzec potrzeb innych … faryzejsko i obłudnie odmawia (na pokaz). Może warto zrobić sobie głębszy rachunek sumienia i zobaczyć, jaka jest naprawdę ta nasza modlitwa i jakie są jej najgłębsze pobudki. 

A więc podstawowe pytanie: „PO CO JA SIĘ MODLĘ?”

Jeśli bowiem wydaje mi się bardzo często, że modlitwy moje są nie wysłuchane, to może przyczyna nie leży po stronie „głuchego Pana Boga”, ale po stronie złego nastawienia samego modlącego się. Nie może bowiem być tak, że za moją szczerą i dobrą modlitwa nie idzie moje uczciwe i dobre życie. Nie może być tak, że moje życie jest zaprzeczeniem tego, co udaję pokazując, że się modlę. Warto dogłębnie przemyśleć tę sprawę, bo jak mówi –cytowany tu często Tomasz Merton: „nawet modlitwa może być wyrazem pychy i poszukiwaniem siebie, a nie Boga”.

2 – Druga przestroga Pana Jezusa dotyczy sposobu w jaki się modlimy. Nie chodzi bowiem tylko o nadmiar słów, ale w ogóle o to, co można by nazwać przerostem formy nad treścią. Kiedy Chrystus ostrzega: „na modlitwie nie bądźcie gadatliwi”, ma na myśli nie tylko mnogość słów i formuł modlitewnych, ale pewno także cały szereg form modlitewnych, gdzie treść najgłębsza modlitwy zostaje zastąpiona mnogością formułek i formuł, „pobożnych” nabożeństw, ilością i różnorodnością tego co jest w modlitwie mniej istotne. Przypomina mi się tutaj zasłyszane kiedyś opowiadanie, jak to proboszcz jednej z parafii, zauważył, że pewien prosty człowiek, jego parafianin nieraz całymi godzinami siedzi w kościele. Zbudowany, ale i zaciekawiony podszedł więc pewnego dnia do owego człowieka i zapytał: „o czym ty właściwie tak rozmawiasz z Bogiem, klęcząc tu w kościele godzinami?” Na co ów człowiek odpowiedział: „Ja w ogóle z Bogiem nie rozmawiam”. No to, co ty tu robisz całymi godzinami?” – pyta zaintrygowany proboszcz. Na co człowiek ów z prostotą i szczerością odpowiada: „ A siedzę sobie tak i patrzę na Pana Boga, a On patrzy na mnie”.

A Tomasz Merton powie: „Każda prawdziwa modlitwa głosi najpierw naszą całkowitą zależność od Pana życia i śmierci. Stwarza więc również głęboki żywotny kontakt z Tym, którego znamy nie tylko jako Pana, ale jako Ojca. Jesteśmy naprawdę wtedy, kiedy się dobrze modlimy”.

Cóż można więcej dodać, do tej pełnej prostoty wypowiedzi. Może warto więc zastanowić się i nad tym czy w potoku moich słów, w bogactwie form i rodzajów, nie gubi się najgłębsza istota mojej modlitwy? Czy po prostu nie próbuję „zagadać” Boga, zalać i może nawet utopić w mnogości moich słów? A mówiąc: „wejdź do izdebki i zamknij drzwi” ma raczej na myśli skupienie się wewnętrzne i zamknięcie drzwi duszy przed wciskającymi się –nieraz na siłę- kłopotami i sprawami dnia codziennego. Proponuje, abyś na modlitwie nauczył się raczej słuchać tego, co On ma ci do powiedzenia, a nie mnożył niepotrzebnie słów, bo „wie Ojciec wasz, czego wam potrzeba, wpierw zanim Go poprosicie.” Patrz na Niego oczami swego serca i wiedz, że On patrzy także na Ciebie.

Po tych dwóch wstępnych przestrogach dotyczących modlitwy Jezus podaje nam najlepszy wzór, w słowach znanej nam przecież od dzieciństwa modlitwy „Ojcze nasz”. I warto także zauważyć, że modlitwa ta, znana jako „Modlitwa Pańska” jest jedyną, jakiej nauczył nas Zbawiciel. Nie jest ani długa, ani przegadana, nie jest litanią egoistycznych próśb i oczekiwań. Jest najpierw i przede wszystkim uczciwym stanięciem przed Bogiem.

Jest w niej wszystko, co w prawdziwej modlitwie być powinno: Jest uznanie Boga za Ojca, jest szukanie i poddanie się Jego woli, jest uznanie własnej grzeszności, i jest delikatna wrażliwość na potrzeby innych.

Ale ten fragment proponuję prześledzić jutro.